Seksualność w grach

Temat ludzkiej seksualności wciąż budzi w społeczeństwach wiele kontrowersji, aczkolwiek  tolerancja w tym aspekcie jest coraz większa i wydaje się, że spory w tej kwestii powoli zaczynają wygasać. Próbują tę tematyką do swoich gier wprowadzać także twórcy gier komputerowych, choć dotychczas niezbyt im to wychodzi.
Wprowadzanie postaci homoseksualnych do gry nie jest niczym złym – w końcu ludzie o takich preferencjach występują także w realnym świecie. Problemem jest to, że twórcy nie za bardzo mają pomysł jak zabrać się za ten temat, dlatego tworzą postaci niezwykle stereotypowe.
Bardzo wyraźnie pokazał to Mass Effect 3, gdzie postać Steve’a Corteza była wręcz karykaturalna, a scena, w której płakał on po starcie męża wzbudzała śmiech zamiast współczucia. Nieco lepszą postacią w tej samej grze była Samantha Traynor, chociaż sposób w jaki nawiązywała romans z Komandor Shepard wyglądał na żywcem wzięty z filmów porno. Chyba najlepszą postacią, z którą można nawiązać homoseksualny romans jest Żelazny Byk z Dragon Age: Inkwizycja, choć on akurat jest postacią biseksualną. Nie jest stereotypowy, zachowuje się względnie normalne, a i dialogi z nim są całkiem nieźle napisane. Może więc twórcy zaczynają powoli się uczyć tworzenia takich postaci.

Wszyscy kochają Wormsy

Nawet jeśli tytuł tekstu jest lekkim nadużyciem, to prawdą jest, że w gry z serii Worms grali i grają ludzie bez znaczenia na wiek, płeć, kolor skóry, czy preferencje seksualne. Co jest takiego magnetycznego  w wojnie robaków, które strzelają do siebie za pomocą bazooki, rakietnicy i wielu innych broni, łącznie ze świętym granatem?
Już sam absurd tego pomysłu połączony z animowaną grafiką 2D (części gry osadzone w świecie 3D już nie dostarczają takiej zabawy) i humorem twórców sprawia, że tak prosta w założeniach gra przyciąga do komputera na długie godziny. Trzeba też grze przyznać, że jest uniwersalna – doskonale się sprawdza zarówno w przypadku gry solowej jak i z kolegą, czy podczas większej imprezy. Zwłaszcza, że zasady i podstawy sterowania są bardzo łatwe do opanowania.
Czy Wormss mają jakieś wady? Chyba nie, choć od pewnego momentu twórcom zabrakło pomysłów co jeszcze nowego można wprowadzić do gry. Przejście w trójwymiar okazało się niewypałem. Z drugiej strony – po co poprawiać coś co już jest rewelacyjne? Lepiej tego nie robić, bo można tylko popsuć coś co jest znakomite. A Robaki z pewnością takie są, to jedna z tych gier, które zna niemal każdy i przy których niemal każdy świetnie się bawi.

Mass Effect 2 – sequel prawie doskonały

Nie jest łatwo zrobić kontynuację świetnej gry. Twórcy muszą zmierzyć się z naprawdę wygórowanymi oczekiwaniami graczy, których wymagania wobec sequela są bardzo wysokie. Dlatego też wielokrotnie kontynuacje świetnych gier okazywały się rozczarowaniami. Jednak na całe szczęście nie zawsze tak jest. Przykładem naprawdę udanej kolejnej części gry jest Mass Effect 2.
Twórcy wsłuchali się w głos graczy i zrezygnowali z najbardziej irytującego elementu poprzedniczki – konieczności jazdy MAKO. Chociaż można się zastanawiać, czy wprowadzone zamiast niej skanowanie planet to naprawdę był lepszy pomysł, było ono niemal równie męczące i irytujące. Co zatem stanowiło o sile Mass Effect 2?
Przede wszystkim – gracze mieli do odwiedzenia więcej planet, co skutkowało większą ilością misji i spotkaniem wielu ciekawych postaci. Również większość nowych bohaterów (bo oczywiście towarzyszą Shepardowi także twarze znane z „jedynki”, ewentualnie są one przez niego spotykane w którymś momencie gry) to świetne postacie -wystarczy tu przytoczyć Mirandę, czy Jack. Albo jedną z najlepszych postaci w grach w ogóle – Legiona.  Nie byłą to gra idealna, ale była to gra znakomita, warta wydania na nią pieniędzy. Trudno powiedzieć, czy lepsza od jedynki, ale jeśli gorsza – to nieznacznie.

Seks w grach

Gry stają się coraz dojrzalsze, co wymusza niekiedy zajmowanie się poważnymi tematami. O ile nieźle radzą sobie z przedstawianiem relacji pomiędzy postaciami, budowaniem historii świata, czy obrazowaniem nienawiści. To sposób w jaki traktują seks jest nieco…dziwny. Zazwyczaj traktowany jest on jako zwykły dodatek, mający pokazać „dorosłość” gry (zazwyczaj robią to gry właśnie niedojrzałe).
Jest to o tyle zaskakujące, że przecież seks już dawno przestał być tematem tabu i rozmawia się o nim coraz bardziej otwarcie. Tymczasem gry komputerowe mają duży problem z jego przedstawieniem. Bardzo często jest on traktowany jak np. w serii Gothic, gdzie niby jest, ale w zasadzie mogłoby go nie być. Trochę lekceważąco został potraktowany w pierwszym Wiedźminie, gdzie gracz po prostu zajmował się „zaliczaniem” kolejnych kobiet. Wiedźmin 2 potraktował temat nieco zbyt dosłownie i sceny w nim były niekiedy jak żywcem wyjęte z filmu pornograficznego, chociaż trzeba przyznać twórcom, że przynajmniej starali się zając tym tematem i miały one swoje uzasadnienie.
Z drugiej strony mając w pamięci skandal jaki towarzyszył pierwszemu Mass Effectowi, trudno dziwić się, że twórcy gier niezbyt chcą się w ten temat zagłębiać. W kolejnych częściach postaci nawet pod prysznicem baraszkowały…ubrane.

Dlaczego pierwszy Mass Effect był najlepszy?

Pierwsza część cyklu Mass Effect została świetnie przyjęta. Nic dziwnego, RPG dziejące się w kosmosie? Charyzmatyczny główny bohater? Epicka fabuła? Co może się nie podobać? Gra była naprawdę dobra, w opinii niektórych to była najlepsza część cyklu, choć spory w tej kwestii chyba nigdy się nie skończą.
Bez wątpienia jako jedyna część trylogii, miała spójną i sensowną od początku do końca fabułę. Druga część fabularnie nie wniosła nic do serii, była oczywiście rewelacyjną grą, ale zaburzyła trochę strukturę fabuły. Zemściło się to w „trójce”, która była zdecydowanie najsłabszą częścią Mass Effect(co nie znaczy, że była zła, bynajmniej, po prostu wypadła grubo poniżej oczekiwań).
Świetnie zaprezentowane postacie, radość z eksploracji planet, tajemniczy, ale niezwykle potężny przeciwnik. Ta gra miała wiele elementów które musiały spodobać się graczom. Miała też jednak pewne wady – na przykład pewną toporność sterowania, czy irytujące na dłuższą metę jeżdżenie pojazdem zwanym MAKO po eksplorowanych planetach. Ale świetna fabuła, czy wiele ciekawych zadań pobocznych sprawiło, że mankamenty zeszły na drugi plan. Liczyło się to, że gracze mają do czynienia z naprawdę świetną grą. Być może to była ostatnia wielka gra Bioware.

Polskie gry – niegdyś wyśmiewane, teraz szanowane

Niegdyś panowały bardzo złe opinie o rodzimych twórcach gier. Nie było się czemu dziwić większość gier tworzonych przez polskie firmy była zwyczajnie słaba. Były to w przeważającej części tytuły wprost zżynające z zagranicznych hitów i robiące to tego w nieudolny sposób. Były też wypełnione technicznymi niedoróbkami, trudno było czerpać przyjemność z grania w nie. Ten stan rzecz uległ jednak zmianie.
Pierwszym jej zwiastunem był Chrome. Był on dość życzliwie oczekiwany przez światową społeczność graczy, choć w ostatecznym rozrachunku jednak rozczarował. Nie była to zła gra, ale jednak liczne błędy i niedoróbki sprawiły, że została przyjęta z mieszanymi uczuciami.
Podobnie było z Call of Juarez, choć w tym przypadku zarówno gracze jak i recenzenci chwalili niektóre elementy westernu stworzonego przez Polaków. Niestety problemem okazały się być niedopracowane elementy skradankowe, znacznie obniżyły one ostateczną ocenę gry.
Prawdziwym przełomem okazał się być Wiedźmin. Już jego pierwsza część, choć miała pewne wady, spotkała się z życzliwym przyjęciem. Kolejne ugruntowały dobrą opinię jaką cieszy się CD Projekt Red odpowiedzialny za te gry. A trzecia część została powszechnie uznana za grę wręcz rewelacyjną. Jak widać – Polak potrafi.

Plaga DLC

DLC teraz są niezwykle popularne. Zastąpiły wydawane niegdyś dodatki oferujące kontynuację historii opowiedzianej w oryginalnej grze. DLC (od angielskiego downloadable content) to jednak coś innego, zazwyczaj są krótkie i niekiedy oferują na przykład dodatkowe stroje, czy zbroje dla postaci. Oczywiście trzeba za to wszystko dodatkowo zapłacić.
Można byłoby to przełknąć, gdyby tylko oferowały one urozmaicenie rozgrywki. Ale niektórzy twórcy jako DLC traktują w zasadzie integralną część gry. Wystarczy podać przykład Mass Effect 2 i 3, gdzie niektóre postaci stawały się grywalne, dopiero po ich wykupieniu. To jest praktyka zwyczajnie nieuczciwa, nastawiona na żerowaniu na portfelach graczy, którzy za pełną cenę nie otrzymują pełnowartościowego produktu. Takie praktyki zasługują na stanowcze potępienie.
Niekiedy DLC stanowi pakiet dodatkowych misji lub umożliwia zagranie inną postacią. To jest już łatwiejsze do wytrzymania, chociaż masowość tego zjawiska staje się nieco niepokojąca. Zresztą masowe tworzenie zostało to sparodiowane w niezależnej grze DLC Quest, w której trzeba „wykupywać” (na szczęście za pomocą wirtualnej waluty) poszczególne umiejętności bohatera takie jak np. skakanie.

Co było dobre w pierwszym Dragon Age’u?

Pierwszy Dragon Age to chyba jedyna gra z serii, która została dobrze oceniona tak przez graczy jak i recenzentów. Być może jest to spowodowane faktem, że jako jedyna stylem prowadzenia rozgrywki przypominała starsze gry Biwoare, w kolejnych częściach twórcy wprowadzali mniej lub bardziej udane innowacje.
Gra opowiada o świecie Thedas, który raz na jakiś czas staje się celem najazdu mrocznych pomiotów, którym przewodzi smok – Arcydemon. Ich powstrzymaniem zajmują się Szarzy Strażnicy, którzy są skazani na śmierć w walkach z Pomiotami. Bohater gry zostaje do nich przyłączony. Bardzo ciekawym pomysłem jest możliwość  nie tylko wybrania rasy i klasy bohatera, ale także rozegrania krótkiego prologu, który wyjaśnia pochodzenie danej postaci i jak to się stało, że zostaje ona Szarym Strażnikiem. I wpływa on na niektóre dialogi i stosunek niektórych postaci do głównego bohatera.
Pod względem mechaniki to dość standardowe RPG fantasy. Rozwija się w nim umiejętności, nawiązuje relacje z postaciami, realizuje zdania. Nie był to, jak zapowiadano, duchowy następca Baldur’s Gate’a, ale zdecydowanie warto się z Dragon Agem zapoznać, bo to naprawdę dobra gra. Bioware wtedy było jeszcze w niezłej formie.

Dragon Age 2 – nie do końca słuszna krytyka

Następca Dragon Age’a został bardzo źle przyjęty przez graczy. Być może wynikało to ze zdecydowanie zbyt entuzjastycznych recenzji, co sprawiło, że ludzie widząc końcowy produkt poczuli się nabici w butelkę. Ale to naprawdę nie jest zła gra. A niektóre jej aspekty są naprawdę interesujące.
Co się nie udało? Przede wszystkim wielu odrzucało sterowanie i system walki. Był on mocno zręcznościowy i niezbyt wygodny w obsłudze. Niezwykle irytujące było też pojawianie się przeciwników znikąd. Wprawdzie wada ta została później wyeliminowana, ale poprzez płatne DLC.
Mocnymi stronami gry są fabuła i interesująco rozwiązany system relacji z postaciami. Tym razem to nie jest prosty system miłość/nienawiść, jest to nieco bardziej skomplikowane. A w samej historii bardzo dobrym pomysłem było wybranie na bohatera gry zwykłego człowieka, którego celem nie jest uratowanie świata, a przystosowanie się do życia w nowym miejscu.
Oczywiście ostatecznie stawał się on kimś potężnym, ale i tak działał jedynie w skali miasta. Była to miła odmiana, po wyczynach Szarego Strażnika w pierwszej części. Poza tym Hawke był po prostu dobrze napisaną postacią, a jego sarkastyczne odpowiedzi były świetne. Warto odświeżyć sobie tę grę. To całkiem niezła produkcja.

Dragon Age Inkwizycja – mimo wszystko rozczarowanie

To miało być odkupienie po chłodno przyjętym Dragon Age’u 2. Gra, która pokaże, że Bioware wciąż może i potrafi. Zapowiedzi były niezwykle obiecujące. Otwarty świat, mnóstwo misji pobocznych, widok taktyczny, zdobywanie twierdz. Recenzje też były niezwykle pozytywne. A jednak gra okazałą się być jednak rozczarowaniem. Z czego ono wynikało?
Przede wszystkim z tego, że świat choć był naprawdę duży to był jednocześnie…zupełnie nieinteresujący. A większość misji pobocznych była zupełnie nieciekawa i bardziej pasowałaby do World of Warcraft niż poważnej gry fabularnej. Widok taktyczny okazywał się być zbędny podczas większości starć, korzystało się z niego w czasie gry zaledwie kilka razy. Zdobywanie twierdz polegało po prostu na wejściu do danego zamku i zabijaniu kolejnych fal wrogów. Zdecydowanie nie było to epickie doświadczenie.
Nawet fabuła była niezbyt zachwycająca, ciekawe misje w trakcie całej gry można było policzyć na palcach jednej ręki. W dodatku z towarzyszami można było porozmawiać jedynie w Twierdzy, poza którą spędza się bardzo dużo czasu. Zdecydowanie utrudniało to posiadanie wobec nich cieplejszych uczuć. To miała być znakomita gra. I była. Według recenzji, gracze bynajmniej nie zostali oczarowani.

Zakończenia Mass Effect 3 – co się nie udało

Zakończenia Mass Effect 3 to swego rodzaju symbol. Instruktaż jak nie należy kończyć trylogii, której ukończenie zajmuje w sumie około 200 godzin. Końcowa sekwencja wywołała wręcz wściekłość graczy, co zmusiło twórców do stworzenia darmowego (!) DLC łatającego najbardziej oczywiste dziury. Nie zmieniło ono jednak ogólnego odbioru końcówki.
Twórcy zapewniali, że wybory jakich dokonywali gracze przez wszystkie części będą miały wpływ na koniec gry. Okazało się, że były to słowa rzucone na wiatr. Wszystko na samym końcu jest sprowadzone do wyboru pomiędzy trzema opcjami (jest jeszcze czwarta, ale ona oznacza porażkę, zresztą została dodana dopiero we wspomnianym DLC). Gdyby jeszcze te opcje do wyboru miały jakiś sens…
Ale nie. W zasadzie każda z przedstawionych Shepardowi opcji oznacza w jakiś sposób wyrzeczenie się tego o co walczył przez całą sagę. Albo zniszczenie całego syntetycznego życia na planecie (a przecież cała seria opowiada między innymi o tym, że maszyny i stworzenia organiczne mogą koegzystować) albo stanie się swego rodzaju kosmicznym Bogiem (doprawdy…) albo połączenie syntetyków i organików (zaraz, zaraz, czy to nie było cały czas przedstawiane jako zagrożenie?). Wybór był więc żaden, poza tym pojawiał się on w zasadzie z powietrza. Tak nie należy kończyć gier.

Maluch Racer – triumf przaśnośći

Być może niewiele osób już pamięta tę grę. Ale swego czasu była ona prawdziwym hitem sprzedaży. Było to nieco zaskakujące, bo jest ona słaba i w zasadzie nikt nawet nie starał się tego ukrywać. Mowa o Maluch Racer, czyli symulatorze wyścigów popularnego fiata 126p.
Gra była tania, to fakt, ale przecież nawet za 20 złotych często można było kupić przecenione prawdziwe hity (ot na przykład Sagę Baldur’s Gate). Tymczasem ludzie decydowali się na kupno gry z fatalną grafiką, absurdalnym i nierealistycznym modelem jazdy, a także topornym sterowaniem. To nie były wszystkie mankamenty tej produkcji. Była ona także pełna niedoróbek, a komputerowi przeciwnicy delikatnie mówiąc nie byli zbyt wymagający.
Wydaje się, że kierował nimi sentyment do popularnego „Malucha”. I jest bardzo prawdopodobne, że większość kupujących tę grę to nie byli zapaleni gracze, ale osoby, które zainteresował tytuł, bo same niegdyś jeździły tym pojazdem. Producent gry zresztą szybko zwęszył pieniądze i wypuścił kolejne części gry, a także np. takie tytuły jak Syrenka Racer, czy Poldek Racer. Wystarczy powiedzieć, że jeśli były lepsze od pierwowzoru to w niewielkim stopniu. Ale jak widać – nie wszystkim to przeszkadzało, skoro kupowali te gry.

Dlaczego kosmici nigdy nie wygrywają?

W grach science-fiction niemal zawsze kieruje się postacią ludzką, nawet jeśli w uniwersum występuje bardzo dużo ras. W najlepszym razie ma się wybór spośród postaci o różnym pochodzeniu, a wśród nich oczywiście znajdują się ludzie (a przedstawiciele innych ras i tak są humanoidalni). Nie jest to specjalnie dziwne, gracze wolą wcielać się w kogoś kto jest do nich podobny.
Charakterystyczne jest jeszcze jedno zjawisko – niemal zawsze to ludzie zostają bohaterami i to oni, choćby nie wiadomo jak beznadziejna wydawała się sytuacja, rzucają niezwykle groźnych i potężnych przeciwników na kolana. Można tu przytoczyć chociażby trylogię Mass Effect, gdzie choć w uniwersum występują inne rasy niż ludzie to główny bohater, komandor Shepard, jest oczywiście człowiekiem. I oczywiście wszystko mu (lub jej) się udaje.
A przecież staje przed wyzwaniem, które powinno być niemożliwe do pokonania. Przed atakiem sił, które dotychczas niszczyły niezwykle potężne cywilizacje. Tymczasem okazuje się oczywiście, że to człowiek został wybrany by ich zwyciężyć. Oczywiście robi to z pomocą kosmicznych towarzyszy, a nawet przy użyciu technologii stworzonej przez zmarłą już rasę, tym niemniej – to on jest architektem zwycięstwa.

Komputerowe horrory

Ludzie lubią się bać. To zdanie brzmi paradoksalnie, bo przecież strach bynajmniej nie jest pozytywnym, czy przyjemnym uczuciem, a jednak jest w nim coś co ludzi fascynuje. Wystarczy spojrzeć na popularność wszelkiego rodzaju horrorów zarówno filmów jak i książek.  Trudno uznać ją za przypadek, czy twierdzić, że oglądanie i czytanie horrorów to hobby niewielkiej grupy dziwaków. Komputerowe horrory nie są aż tak popularne, ale jest kilka, na które warto zwrócić uwagę.
Nie jest łatwo zrobić interaktywny horror. Wymaga to umiejętności stworzenia atmosfery strachu i niepewności, co wymaga nie tylko dobrego pomysłu, ale i wysokich umiejętności technicznych. Nieudana grafika może skutecznie zepsuć nawet najlepiej pomyślaną historię.
Wciąż chyba najlepszą grą z gatunku pozostaje Silent Hill 2. Atmosfera niepewności, strachu przed nieznanym nieustannie towarzyszy graczowi, potęgowana przez spowijającą miasteczko mgłę. Nie potrzeba tu potworów (które oczywiście się pojawiają), by odczuwać strach. Trochę podobnie jest z grą Amnesia: The Dark Descent – tu również atmosferę buduje nie tyle to co dzieje się na ekranie, a to co za chwilę może się wydarzyć.
Wymienione gry to absolutne perełki, które nie sięgają po prymitywne chwyty by budować atmosferę grozy.

Darmowe gry

„Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady” to słowa znanego amerykańskiego ekonomisty Miltona Friedmana. Oczywiście miał on rację, jeśli ktoś oferuje nam coś zupełnie za darmo należy pamiętać, że w ofercie najprawdopodobniej tkwi jakiś haczyk. Tym niemniej zdarzają się gry komputerowe, z które – przynajmniej formalnie można grać bez wnoszenia żadnych opłat.
Jedną z takich gier jest World of Tanks, w której gracze walczą ze sobą za pomocą czołgów. Jest to niezwykle emocjonująca rozrywka. Grać w grę można zupełnie za darmo, choć system mikropłatności pozwala na wykupienie pewnych ułatwień, jak na przykład szybsze odblokowywanie części do czołgów, czy ich ulepszeń.
Warto zwrócić uwagę na stworzoną przez Valve Dotę 2. Jest to tak zwana MOBA (od angielskiego multiplayer online battle arena ) – gra, w której na jednej mapie osadzonej w świecie w tym przypadku w świecie fantasy mierzą się ze sobą dwie drużyny, których celem jest zniszczenie twierdzy przeciwnika. Bardzo przypomina ona inną grę z tego samego gatunku, która jest chyba nawet bardziej popularna, czyli League of Legends. W obydwu tytułach rzecz jasna występują mikropłatności, ale są stosunkowo mało irytujące.
Da się znaleźć interesujące gry, w które z przyjemnością można zagrać nie wnosząc za nie opłat.

Saint’s Row – GTA na wesoło

Gry z serii GTA nie są zbyt poważne. To znaczy dokonuje się w nich napadów, strzela do policjantów i robi róże niezbyt miłe rzeczy, ale wszystko zostało to przedstawione niezbyr serio, na tyle, że trudno uznać je za gry promujące na serio takie działania. Tym niemniej w porównaniu do Saint’s Row GTA jest tytułem śmiertelnie poważnym.
Założenia obu gier są podobne, dać graczowi maksimum swobody w poruszaniu się po mieście i zlecić mu misje do wykonania, jeśli akurat będzie miał ochotę je zrealizować. W Saint’s Row kierujemy poczynaniami szefa gangu „Świętych”, którzy w trzeciej części stali się już celebrytami i oferują kupno koszulek w swoich barwach itp. Gra jest utrzymana w luźnym klimacie, dowcipy sypią się jak z rękawa.
Ale to wszystko to nic przy czwartej części gry. Ta już wzniosła poziom absurdu na poziom wcześniej zupełnie niedostępny dla poprzedników i zdecydowanej większości gier. Dość powiedzieć, że jej akcja toczy się w symulacji komputerowej stworzonej przez wrogich kosmitów, a większość graczy niemal rezygnuje z posługiwania się samochodami, zamiast tego preferując…wbieganie na dachy budynków i latanie po mieście. A to oczywiście nie wszystko.
Saint’s Row 4 to gra, którą trzeba poznać.

Czy gry komputerowe mogą być narzędziem propagandy?

Gry komputerowe to jedna z wielu form rozrywki. Pozwalają one na chwilę zapomnieć o otaczającym świecie i oderwać się od codziennych problemów. Jednak niektóre z nich bynajmniej nie uciekają od aktualnych konfliktów. Kilka z nich było osadzonych chociażby podczas wojny w Iraku. Czy gry mogą stanowić narzędzie propagandowe?
Mogą i niekiedy poniekąd są do tego wykorzystywane. Przykład tego zjawiska stanowić mogą gry z serii America’s Army, które zostały stworzone na zlecenie armii USA i mają zachęcać młodych ludzi do wstępowania w jej szeregi. Nie jest to praktyka specjalnie szkodliwa, zwłaszcza, że gracze w tym przypadku wiedzą kto stoi za powstaniem danej gry, zatem nie powinni mieć większych pretensji. Ale trudno nie być zaniepokojonym faktem, że elektroniczna rozrywka może stanowić pole do popisu dla mniej bezpiecznych i transparentnych praktyk.
Nie chodzi tu o to, że terroryści, którzy wlecieli samolotami w wieże World Trade Center trenowali na symulatorze lotu. Chodzi o przemycanie do gier treści propagandowych mających na celu na przykład w dobrym świetle przedstawić działania terrorystów. Takie działania mogą mieć opłakane skutki, toteż na barkach twórców, którzy dotykają aktualnych tematów spoczywa wielka odpowiedzialność.

Monkey Island

Guybrush Threepwood to jeden z najbardziej charakterystycznych bohaterów gier komputerowych. Główny bohater serii Moneky Island początkowo jest inteligentnym fajtłapą, nieporadnym w stosunku do kobiet. Jednak wraz z rozwojem serii stawał się coraz bardziej zaradny i dojrzały.
Oczywiście (jakżeby inaczej) cechowała go tendencja do wpadania w kłopoty, ale też zawsze w jakiś sposób udawało mu się z nich wykaraskać. Dużą część czasu spędza on na ratowaniu swojej ukochanej Elaine Marley, która w końcu zostaje jego żoną. Początkowo jest wobec niej bardzo podległy (nawet przyjmuje jej nazwisko i po ślubie nazywa się Marley-Threepwood), jednak w grze Tales of Monkey Island niejednokrotnie udaje mu się jej sprzeciwić, choć wciąż bardzo ją kocha.
Gry z serii Monkey Island cechuje epicka, niekiedy bardzo pokręcona fabuła i poczucie humoru, które zachęca gracza do eksploracji świata i poznawania dalszych losów Threepwooda i jego walk ze złym zombie-piratem kapitanem Le Chuckiem. Humor w grach jest niejednokrotnie absurdalny, ale niemal zawsze na wysokim poziomie.
Gry z serii Monkey Island są warte poznania nie tylko przez fanów przygodówek (ci zresztą zapewne znają je bardzo dobrze). Nikt nie powinien żałować tego wyboru.

Symulatory boksu

Niegdyś symulatory boksu były niezwykle popularne. Ukazywała się ich ogromna ilość, a gracze bardzo lubili w nie grać. Jednak gdzieś od połowy lat 90 entuzjazm wobec nich opadł, a ich premiery stawały się coraz rzadsze. Stało się tak w sumie bez żadnego konkretnego powodu, ale zjawisko to jest łatwe do zaobserwowania.
Niegdyś ukazywały się tytuły sygnowane nazwiskami takich bokserów jak Evander Holyfield (Evander Holyfield’s Real Deal Boxing), George Foreman (George Foreman’s KO Boxing), czy Mike Tyson (Mike Tyson’s Punch-Out!!). Nawet jeśli były to gry mało realistyczne i niezbyt przypominające to co się dzieje w prawdziwym ringu to nikt na to nie narzekał, bo były niezwykle grywalne i można było przy nich zarywać noce.
Być może spadek popularności gier bokserskich należy wiązać ze spadkiem popularności boksu w ogóle. W końcu stopniowo oddaje on pole MMA, tracąc na jego rzecz coraz większą rzeszę fanów. Faktem jest jednak, że poza serią Fight Night, której ostatnia bokserska część ukazała się w 2009 roku w temacie gier o boksie panuje zastój. A trzeba pamiętać, że ukazała się ona tylko i wyłącznie na konsole, także pecetowi fani boksu zdecydowanie nie są dopieszczani przez twórców gier.

Religia w grach

Religia w grach to nieco dziwny temat. Oczywiście pojawia się on, ale albo nie jest to religia znana z naszego świata albo jest ona jedynie mało ważnym  tłem. Powody takiego stanu rzeczy są zrozumiałe, twórcy nie chcą być oskarżani o urażenie czyichś uczuć. Choć można zastanawiać, czy taka autocenzura to dobra rzecz.
A jak sama religia jest w grach przedstawiona? Często niezbyt korzystnie. Niejednokrotnie bohaterowie gier muszą mierzyć się z grupami religijnych fanatyków chcących przejąć kontrolę nad światem i zmusić innych do wyznawania swojej wiary. Niekiedy trafiają się też czciciele demonów, którzy planują jednego z nich przywołać na Ziemię. Skutki takich działań są zazwyczaj opłakane, zarówno dla nich, jak i dla reszty populacji.
Warto jednak wspomnieć, że prawie zawsze wśród wyznawców trafiają się ludzie o umiarkowanych poglądach, którzy nie chcą narzucać innym swojej wiary, za to służą im pomocą i imponują skromnością. Także na korzyść twórców gier można zapisać fakt, że starają się oni widzieć obydwie strony monety.
Zazwyczaj obraz religii w grach jest mocno uproszczony, niewiele z nich wdaje się w dywagacje o istnieniu Boga. Może to i dobrze, w końcu są one jednak medium przede wszystkim rozrywkowym.